Jak można żyć z przemocą... a jak żyć bez niej...

Jak można żyć z przemocą…a jak żyć bez niej… Zacznę od tego, że dopiero wtedy kiedy uwolniłam się od mojego męża, kiedy wyprowadził się z domu, dopiero wtedy poczułam konieczność sięgnięcia po pomoc. Każdy człowiek chce być kochany, przytulany…wtedy najbardziej poczułam potrzebę bliskości, pomimo tego, że nigdy wcześniej jej nie miałam. Kiedy szłam ulicą i widziałam przytulające się pary, moje oczy nabierały łez, nie mogłam przełknąć śliny- czułam się jak człowiek drugiej kategorii. Wtedy właśnie poczułam, że muszę sięgnąć po pomoc. Nie jadłam, ciągle spałam, w pracy nie mogłam się skupić, wszystko mnie denerwowało. To było jak pozbawienie czegoś, co wcześniej dawało poczucie bezpieczeństwa. Tak to właśnie przemoc, ten codzienny lęk, strach- był mój, tak żyłam wiele lat. Wtedy wiedziałam, że nie poradzę sobie z moimi chłopcami, którzy patrząc wiele lat na przemoc, doświadczając jej, nie byli łatwymi dziećmi. Mój 4 letni wówczas syn mówił do mnie ty szmato…to bolało strasznie bolało. Przypadkowo trafiłam na adres Ośrodka dla Ofiar Przemocy w Rodzinie, tam zakwalifikowano mnie do terapii indywidualnej. Zaczęłam czuć wsparcie. Stawałam się coraz silniejsza. Każda terapia, wracanie i opowiadanie o tym co było, bolało… do dziś korzystam z pomocy Ośrodka – a minęły już 2 lata. Od dziecka doświadczałam przemocy, zarówno fizycznej jak i psychicznej. Jestem bardzo podobna do ojca, a to, że mojej matce się nim nie ułożyło powodowało pewnie to, że mnie nie kochała. Biła, poniżała, wyzywała od brudasów, straszyła. Były noce, kiedy bałam się zasnąć, lęk nie pozwalał zamknąć oczu, straszyła mnie że kiedyś zadźga mnie nożem. Zawsze wracając ze szkoły do domu modliłam się, Ojcze Nasz, Zdrowaś Mario… zawsze całą drogę towarzyszył mi lęk. Któregoś razu, gdy miałam 17 lat zemdlałam w szkole. Byłam wtedy posiniaczona, głodna- przyjechało pogotowie, zbadano mnie. Byłam bardzo dobrą uczennicą i mój nauczyciel zaproponował mi zamieszkanie w internacie. Następnego dnia zabrałam tylko plecak z książkami, napisałam kartkę do matki- beze mnie będzie Ci lepiej… i zamieszkałam w internacie. Kiedy wyszłam za mąż wydawało mi się, że to dobry człowiek- pewnie tak jest… potrafił dbać o dzieci, dom, tylko wstępował w niego jakiś szatan, w jednej sekundzie stawał się innym człowiekiem. Wtedy przychodziły chwile grozy, płaczu, lęku, totalnej bezsilności. Wszystko zaczęło się, kiedy urodził się młodszy syn. Mąż stał się nerwowy, wybuchowy, wyzywał dzieci, popychał, szarpał. Kiedy stawałam w obronie dzieci ( zawsze brałam ich w kącik pokoju i osłaniałam swoim ciałem) krzyk był wtedy przeraźliwy… Kiedy chciałam dzwonić na Policję- zabierał mi telefon, wyjmował kartę i nie mogłam wezwać pomocy. Najgorszy dla mnie wtedy był ten wstyd, że słyszą to sąsiedzi… ten żal, że moje dzieci tego doświadczają. Starszy syn ma zdiagnozowane ADHD, sprawia trudności wychowawcze. Nie jest łatwo. Najbardziej cierpiałam jak krzywdził dzieci- potrafił rzucić starszego syna o ścianę i trząchać nim w górze, wyzywać dzieci od skurwysynów, debili… Kiedyś syn powiedział nauczycielce w szkole, że jest bity przez ojca. Zostałam wezwana do szkoły, z olbrzymim wstydem ( to była mała miejscowość- byłam tam osobą znaną, opiniotwórczą) poszłam na spotkanie, nie miałam siły żeby prosić o pomoc, a tak właściwie to nikt tej pomocy nie chciał mi udzielić, potraktowano to jak jednorazowy incydent, zamiatając sprawę pod dywan. Mieszkając w małej miejscowości trafiłam na wspaniałych sąsiadów, którym los dzieci nie był obojętny. Wielokrotnie przychodziła sąsiadka, chcąc rozmawiać z mężem o tym jak traktuje dzieci, zaczepiali mnie sąsiedzi, prosili, żebym coś zaczęła z tym robić, bo dłużej tak być nie może. Musiałam zmienić pracę i przeprowadziliśmy się do dużego miasta- to była dla mnie olbrzymia radość, że zacznę wszystko od nowa. Nowe otoczenie, nowi sąsiedzi- nikt nie będzie o niczym wiedział… Szybko jednak wrócił wstyd, lęk i strach… żyłam zamknięta w czterech ścianach, we własnym świecie przemocy, ale to był mój świat. Ja kobieta wykształcona, menedżer w dużej korporacji, odnosząca sukcesy w pracy byłam ofiarą przemocy domowej. Na co dzień nosiłam maskę… nikt o tym nie wiedział. Na pozór byliśmy normalną rodziną. On Pan, który był z pozoru super tatą, świetnie organizował dzieciom czas wolny, wychodził na plac zabaw. I ja zła matka…, która nie wychodziła z chłopcami… wstyd był silniejszy. Kiedy spotykałam sąsiadów- zawsze patrzyłam w podłogę, ukradkiem odpowiadałam Dzień Dobry. Byłam złą matką… NIE STOP! Dziś wiem, że to był wstyd, który nie pozwalał mi czerpać radości ze wspólnie spędzonego czasu z dziećmi. Wiedział co robić, żeby mnie jeszcze bardziej osłabiać. Wciąż mówił, że jestem złą matką, ciągle mówił mogłabyś to, mogłabyś tamto… A ja pracowałam, aby utrzymać rodzinę, dbałam o dom i dzieci tylko faktycznie nie wychodziłam z nimi na dwór. Ten wstyd mnie paraliżował. Mój dom był zamknięty… nikt nas nie odwiedzał, potraciłam wszystkich przyjaciół, nie miałam ochoty na spotkania towarzyskie. Zawsze kiedy dzieci zostawały z ojcem czułam olbrzymi niepokój… bałam się odebrać telefon od syna, bo myślałam, że coś złego się dzieje. Zebrałam w sobie siły i oświadczyłam mu, że jeśli jeszcze raz uderzy dziecko powiadomię o tym Policję. Poskutkowało, na krótko, ale poskutkowało. Wtedy to cała agresja skupiła się na mnie. Wszystko działo się ( na szczęście )w nocy jak dzieci spały. Wtedy każdy powód był dobry. Dostawał furii, rzucał na podłogę walił pięścią w brzuch i głowę, z całej siły, ile wlazło. Był przy tym cały czerwony, spocony, biała piana pokazywała się na jego ustach. Chciał uderzać w szczękę ( wiedział, że jestem po przeszczepie kości) – i każde uderzenie mogłoby spowodować tragedię. Broniłam się osłaniając rękami swoją twarz. Po każdym pobiciu zostawały potężne guzy na głowie, krwiaki, ból brzucha, siniaki na ciele i potężny ból, ból wewnętrzny, żal – wtedy byłam nikim- jak ta szmata wleczona po podłodze. Chciałam uciekać – nie było jak… Zabierał dokumenty, zamykał drzwi, bił dalej… już mi było wszystko jedno, chciałam nawet wyskoczyć przez okno… Krzyczałam pod drzwiami ratunku… nikt nie chciał słyszeć. Mój Pan zadzwonił wtedy na Policję- mówiąc, ze jestem w depresji, zdenerwowana i chcę uciec z domu, wsiąść do auta i będę stanowić zagrożenie na drodze. Przyjechała Policja. Ja pobita siedziałam skulona na szafce w korytarzu, nie miałam siły nawet się bronić- wtedy też czułam wstyd, najchętniej bym stamtąd wyszła i już tam nie wróciła, ale przecież miałam 2 synów, których kochałam nad życie. Trafiałam do lekarza rodzinnego, dostawałam zwolnienie lekarskie, leki, ale najczęściej ukrywałam to ,chodziłam do pracy. Wymagało to ode mnie potężnego wysiłku, aby wejść do pracy z uśmiechem na twarzy i udawać, że wszystko jest w porządku. Aż do pewnego razu, kiedy latem moja szefowa zobaczyła krwiaki na rękach, wtedy pękłam, opowiedziałam jej wszystko. To wspaniała kobieta- do dziś mnie wspiera i zrobiła dla mnie wiele. Wtedy po kilku dniach, kiedy te siniaki już blakły zawiozła mnie do fotografa i zrobiłyśmy zdjęcia- zrobiła to wręcz na siłę, sama bym się na to nie zdecydowała. Zaczęłam czuć, że nie jestem z tym sama. Po tym właśnie pobiciu mąż wyprowadził się, wychodząc położył klucze mówiąc, że musi to zrobić bo mnie kiedyś zabije. Poczułam olbrzymią ulgę i radość. Nie trwało to długo- dopadł mnie jak ja to nazywam jakiś zespół odstawienny… ja pozbawiona przemocy nie umiałam żyć… napisałam wtedy ten krótki wierszyk, który może jest mało poetycki: Zamknęłam się we własnym ciele Myśli przebiegają szybko Totalny chaos, totalne przygnębienie Ciągłe poczucie winy Za to, że nie wyszło Za to, że nie wychodzi I za to, że już nigdy nie wyjdzie Chciałabym zniknąć Chciałabym zasnąć I obudzić się po drugiej stronie tej przepaści. On działał dalej… buntował starszego syna, zabraniał chodzić na wywiadówki, straszył, że on pokaże wszystkim, jaką jestem złą matką. Sam umawiał chłopców do lekarza, brał ich ze szkoły, przedszkola bez mojej wiedzy. Nawet, jak prosiłam, żeby mi powiedział, o której godzinie dziecko ma wizytę- to nie mówił. Kiedyś uparcie dążyłam i dowiedziałam się, że umówił na szczepienie młodszego syna. Poszłam do przychodni i zostałam strasznie wyzwana, przy innych pacjentach, przy moim synku, który zaczął wtedy płakać. Krzyczał, że co za matka nie umówiła nawet wizyty dla dziecka, teraz to przylazła, szarpał mną i próbował wyciągnąć siłą przed przychodnię. Jaki to był dla mnie olbrzymi wstyd, w końcu rzucił książeczkę zdrowia i poszedł. Każda taka sytuacja powodowała, że ja jeszcze bardziej się wycofywałam… Mój wstyd nie pozwalał poprosić kogoś o pomoc- a widziało to mnóstwo pacjentów. Starszy syn po jakimś czasie zaczął mi strasznie dokuczać, wyzywał mnie, był bardzo niegrzeczny, oświadczył, że on chce mieszkać z ojcem. Po długim czasie przemyśleń zgodziłam się, uznałam, że nie mam prawa mu zabraniać. Otwarcie rozmawialiśmy jaki ojciec jest, syn uznał, że tata się zmienił i zapewnił mnie, że jak będzie się działo coś złego to mi o tym powie. Nie czułam się z tym dobrze, nie było dnia, abym nie myślała o moim synu. Początkowo było super, synek był zadowolony, ojciec poświęcał mu cały swój czas. Z czasem odwiedzał mnie coraz rzadziej, nie odbierał telefonów. Mąż zaczął mu wpajać, że wyrzuciłam go z domu, zaczął z nim chodzić na terapię sugerując, że matka się nim nie interesuje. Przemoc fizyczna przerodziła się w przemoc psychiczną, w dręczenie, oskarżanie, oczekiwanie rzeczy niemożliwych. Krzyczał często na ulicy, w miejscach publicznych, że mnie załatwi, że zabierze mi dzieci, cały majątek. Straszył, że nie będzie płacił alimentów, bo nie ma z czego. Syn stał się niegrzeczny, zaczął rozrabiać w szkole, dokuczał rówieśnikom. Stał się zamknięty i nerwowy- czułam, że coś dzieje się nie tak. Któregoś razu syn podczas wizyty u mnie rozpłakał się, powiedział, że ojciec go wyzywa, bije, szarpie. Podjęłam natychmiastowe działanie- rano następnego dnia pojechałam z synem, spakowałam jego rzeczy i zabrałam go do domu. Zaszłam jeszcze do sąsiadów męża i zapytałam, czy dochodziły ich jakieś niepokojące sygnały zza ściany. Zastałam opiekunkę, która powiedziała mi, że wielokrotnie słyszała krzyki ,wyzwiska i płacz, próbowała rozmawiać z mężem, ale on mówił, że to nie jej sprawa. Zabrałam syna i tego dnia przeżyłam kolejną tragedię. Mąż, jak dowiedział się o tym, popołudniu czekał na mnie na parkingu. Wiedział, gdzie parkuję auto. Jak szłam po pracy z synem do auta, zaczął mnie gonić, szarpał mną, wyzywał, zabrał plecak dziecka, krzyczał, że wezwie Policję, że porwałam dziecko. Bardzo się bałam. To był środek miasta, mnóstwo ludzi, którzy zatrzymywali się patrzyli na to, odchodzili… Zatrzymała się jedna Pani, Pani Ewo- dziękuję Pani. Dzięki temu nabrałam siły, aby w końcu z tym skończyć. Tak naprawdę, to nawet obcy człowiek nie był w stanie powstrzymać męża. Siłą próbował zabrać syna ze sobą, dla świętego spokoju i ze strachu syn był gotowy już pójść z ojcem. Gdy pojechałam z synami do domu, stał pod drzwiami mojego mieszkania. Nie odpuszczał wciąż krzyczał, udawał że gdzieś dzwoni, straszył mnie ze zaraz dzieci zostaną zabrane do Izby Dziecka. Chłopcy bali się bardzo widać było po ich oczach, starszy syn zabrał małego i zeszli z nim piętro niżej… zrobił to sam- nawet tego nie zauważyłam. On dalej krzyczał – jeden z sąsiadów otworzył drzwi i wraz z chłopcami schowaliśmy się w jego mieszkaniu, czekając na przyjazd Policji , po którą on wciąż niby dzwonił. Policja nie przyjeżdżała, więc sama wezwałam Patrol…. Syn został ze mną- to był najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Dostałam takiej siły, takiej energii, że w ciągu 2 dni napisałam pozew rozwodowy i złożyłam go w sądzie. Po tych wydarzeniach musiałam skorzystać z wizyty u psychiatry, włączono mi leczenie farmakologiczne. Co się okazało psychiatra mieszka w moim bloku. Los zaczął stawiać na mojej drodze potrzebnych i przyjaznych mi ludzi… Zaczęłam stawać się coraz silniejsza, nawet jak mąż mi dokuczał, albo mówił że jestem złą matką- śmiałam się z tego. To co on mówi o mnie i myśli jest jego. Kocham swoich synów, robię dla nich wszystko co mogę. Łatwo nie jest, ale mamy siebie, mamy spokój i za nic w świecie nie chciałabym wrócić do ani jednego dnia z przeszłości. Lęk pozostał… jak przychodzi po dzieci, czuję dziwny niepokój, pocę się, denerwuję, unikam kontaktu z nim. Już nie oczekuję od niego pomocy. W marcu tego roku złożyłam doniesienie na Policji o znęcaniu się z art. 207?1 Kodeksu Karnego. Zebrałam wszystkie możliwe dowody ( zdjęcia, kopie dokumentacji medycznej), wskazałam świadków- nie pytałam ich o zgodę, ale wiem, że byli i zeznawali na Policji. Jestem po pierwszej rozprawie rozwodowej- wszystko układa się dobrze. Zostały mi przyznane alimenty. Korzystam dalej z pomocy psychologa i psychiatry, zapisałam dzieci na terapię. Czuję, że zaczynam się rozwijać, awansowałam w pracy. Jestem SILNA- nawet teraz, kiedy zdiagnozowano u mnie raka szyjki macicy. Przeciwko mężowi toczy się postępowanie karne, prawdopodobne sprawa zostanie skierowana do Prokuratury. Zeznawało już wielu świadków- nawet Ci których znałam tylko z adresu. Mój mąż uspokoił się, zaczął się leczyć- bardzo się cieszę bo chłopcom jest potrzebny ojciec. Dziś dużo rozmyślam, jestem mądrzejsza… dziś zrobiłabym pewne rzeczy inaczej, ale czasu już nie cofnę. Mogę jeszcze jednak dużo zrobić dla innych… Apeluję do wszystkich którzy słyszą, widzą, mają styczność z osobami doświadczającymi przemocy, wszystkich lekarzy, nauczycieli, policjantów, sąsiadów, przechodniów na ulicy- nie pozostawajcie obojętni! Ofiara przemocy potrzebuje waszej pomocy, często sama o nią nie poprosi. Nie myśl, ?e ona akceptuje tą sytuację i godzi się na nią. Po prostu ma zbyt mało siły, jest bardzo osłabiona przez sprawcę, że nie poprosi o pomoc, ale tej pomocy bardzo potrzebuje! To co przeżyłam nauczyło mnie wielu wskazówek. Przemoc to nie Twoja wina, nie masz się czego wstydzić. Wiem, że to są tak silne emocje i przeżycia o których bardzo trudno mówić. Nie zostawaj z tym sama. Rozejrzyj się wśród grona znajomych, na pewno ktoś Ci pomoże- czasem wystarczy tylko zacząć o tym mówić… to pierwszy krok… powiedz o tym innym. Nikt nie ma prawa krzywdzić drugiej osoby, wyzywać jej, poniżać, bić- to jest przestępstwo, ścigane literą prawa. W trakcie awantury wołaj o pomoc! Uciekaj! Nie pozwól się wpędzić w takie miejsce mieszkania, skąd trudno uciec. Jeśli jest to możliwe zawiadom policję (tel. 997-połączenie bezpłatne lub z telefonu komórkowego 112). Nie bój się, że jak już przyjadą zapewne będzie po awanturze, pokaż im obrażenia i opowiedz o wszystkim. Może w trakcie awantury uda Ci się włączyć dyktafon w telefonie i nagrać całe zdarzenie. Kiedy do awantury dochodzi w miejscu publicznym poproś kogoś, aby został z Tobą, nawet jakiś obcy przechodzień –niech będzie świadkiem całego zajścia- poproś go potem czy mógłby poświadczyć to co widział, poproś o nr telefonu. Domagaj się, aby policjanci wypełnili Niebieską Kartę. Poproś o informację co masz dalej z tym zrobić, jakie instytucje mogą Ci pomóc. Zawsze poproś o nazwiska policjantów, ich numery identyfikacyjne, nazwę i siedzibę jednostki. Zapisz te dane razem z datą i godziną interwencji. Poproś policjantów o sporządzenie notatki z interwencji. To wszystko się przyda. Jeśli policjanci odmówili Ci pomocy- masz prawo złożyć skargę do Komendanta Komisariatu, Komendanta Rejonowego Policji lub Komendanta Wojewódzkiego Policji. U mnie tak było- sprawca był trzeźwy. Zostawiono mnie razem z nim w domu. Wyjdź razem z Policją, pójdź do znajomych- może ten moment jest właśnie przełomowy, aby opowiedzieć komuś o wszystkim- bez względu na porę dnia. Możesz też się udać do Ośrodka dla Ofiar Przemocy w Rodzinie- tam otrzymasz pomoc i bezpłatne schronienie. Następnego dnia udaj się do lekarza- wystarczy lekarz rodzinny, pokaż mu obrażenia, niech dokładnie wszystko opisze, dopilnuj tego, to bardzo ważne, powiedz, że zostałaś pobita przez męża. Poproś o wystawienie zaświadczenia o doznanych obrażeniach i podjętym leczeniu. Skorzystaj z wizyty u psychologa- w instytucjach świadczących pomoc osobom doświadczającym przemocy możesz bezpłatnie skorzystać z terapii. Również otrzymasz tam bezpłatną pomoc prawnika, który pomoże napisać doniesienie lub pozew rozwodowy. Jeśli istnieje taka konieczność udaj się do psychiatry. Mi leki pomogły bardzo, dzięki nim miałam siłę, aby iść dalej… Zrób zdjęcia obrażeń- to bardzo ważne dowody. Bezpośrednio po zdarzeniu udaj się na Policje i złóż doniesienie o znęcaniu się. Opowiedz o wszystkich zdarzeniach, jakie pamiętasz. Zabierz ze sobą wszystkie możliwe dokumenty, kopie dokumentacji medycznej, listę interwencji Policji, zaświadczenia z instytucji pomocowych pomagających osobom doświadczającym przemocy, zapisy z Niebieskiej Karty, nagrania, Pomyśl kto może być świadkiem. Nie musi to być osoba, która widziała przemoc, mogła widzieć Twoje emocje, znać temat z Twojej opowieści. Pamiętaj, że każdy sąsiad słyszał zapewne co działo się u Was- może to będzie ten moment, kiedy na Policji zezna o tym. Nie informuj świadków, nie pytaj ich o zgodę. Po złożeniu doniesienia Policja przesłucha świadków i zdecyduje, czy ma wystarczające dowody, aby sprawę skierować do Prokuratury. Możesz też bezpośrednio napisać doniesienie do Prokuratury ( wzory znajdziesz w internecie). Pamiętaj takie doniesienie możesz złożyć w każdej chwili, w każdym momencie. Ja złożyłam dopiero po tym jak mój mąż się wyprowadził, jak nabrałam sił i zupełnie bez emocji mogłam o tym opowiedzieć, ale nie warto czekać-im szybciej tym lepiej. Lepiej dla nas, lepiej dla naszych dzieci! Poszukaj w internecie instytucji zajmujących się pomocą osobom pokrzywdzonym. Oto kilka przykładów: Ogólnopolski Telefon dla Ofiar Przemocy w Rodzinie - 801 12 00 02 Policja, Prokuratura, Pomoc Społeczna, Gminna Komisja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, Służba Zdrowia, Niebieska Linia, Telefon Zaufania, Ośrodek dla Ofiar Przemocy w Rodzinie.